Gigs feedback: 15.12.2012 – Warsaw, Progresja Club

15.12.2012
Warsaw, Progresja Club
Bands: Gortal, Pandemonium, Embrional, Conquest Icon, God Said No

Grudzień tego roku to zdecydowanie dobry czas dla miłośników death metalu ze stolicy i okolic. Kolejny weekend i po raz drugi już w tym miesiącu scena Progresji miała gościć zespoły spod znaku śmiertelnej sztuki. Tym razem zdecydowanie w wydaniu podziemnym…

Warszawski Gortal świętujący tego dnia swoje urodziny zaprosił gości, którzy gwarantowali odpowiedni poziom wrażeń. Na pierwszy ogień poszedł młody band God Said No, który, jak przyznał sam wokalista, pasował do reszty zespołów „jak świni siodło „. Energetyczny hard’n’heavy w wykonaniu tego zespołu może się podobać lecz bardzo jeszcze nielicznie zgromadzona publika nie wykazywała większego zainteresowania tym co dzieje się na scenie…

Jako drugi po dość długiej przerwie technicznej zainstalował się na scenie Conquest Icon. Krótkie intro i od razu, bez zbędnego opowiadania frazesów death metalowa machina rusza do przodu. Brutalnie, precyzyjnie i selektywnie. CI zabrzmiał tak jak powinien brzmieć death metal. Koncert ten nie byłby aż tak dobry gdyby nie nowy wokalista zespołu, który dwoił się i troił napędzając całą ekipę. Renve to sceniczne zwierzę i szaleniec, ale dzięki niemu koncertowe oblicze Conquest Icon zdecydowanie zyskało na wyrazistości.
Embrional dał świetny, pełen opętania i szaleństwa występ lecz w moim odczuciu zespół ten pozostawił duży niedosyt. Każdy z kolejnych hymnów wgniatał publiczność w ziemię i co ważne budował atmosferę podobną do obłąkanego klimatu „Absolutely…”, jednak mało wyszukana konferansjerka skutecznie osłabiała siłę, z jaką tego wieczoru uderzył Embrional. Gdyby pozbawić ten występ zbędnego pieprzenia o dupie maryni, zniszczenie byłoby absolutne. Embrional zakończył swój set coverem Mayhem, który „zaśpiewał ” Kiler ze Stillborn a to, co się działo wówczas na scenie to temat na zupełnie inną historię…

Jeśli chodzi o kolejny zespół, który zaprezentował się tego wieczoru to mogę to ująć w jeden tylko sposób – koncert Pandemonium to doznanie artystyczne ocierające się o mistyczny, doskonały w swej formie teatr. Występ bez niedomówień, niesamowity klimat i wielka moc bijąca ze sceny. Pandemonium rozpoczęło spowite w kłębach dymu, przecinanych smugami światła lecz od początku do końca dominował genialny mrok… Koncert ten pokazał jak wielka jest moc świetnego „Misanthropy „, trans, ciężar i cholerny niedosyt, że koncert skończył się tak szybko…

Świętujący tego wieczoru Gortal zagrał gig mocno „urodzinowy ” – był tort, sporo luźnych pogadanek o tym i owym, spożywanie rozweselaczy oraz przede wszystkim duża dawka metalu śmierci w naprawdę dobrym wydaniu. Widać było, że gra sprawia im przyjemność i nie robią tego z obowiązku a czystej pasji…
Zdecydowanie warto było spędzić ten wieczór razem z Gortal i zaproszonymi gośćmi. Oczywiście można się było przyczepić do kilku kwestii, ale kto zważa na długie przerwy, jakie dzieliły poszczególne akty jeśli czas ten można było spędzić na przykład na ciekawych rozmowach, ale żeby to zrobić trzeba było tam być…

Online: Violence Online [zobacz online]

Gigs feedback: 14.12.2012 – Lodz, Luka Club

14.12.2012
Lodz, Luka Club
Bands: Pandemonium, Embrional, Gortal, Hellspawn, Deep Desolation, Gemini Abyss

No i stało się. Mizantropijno- Jesienna Trasa w końcu zawitała do rodzinnego miasta jej lidera, głównej gwiazdy czyli kultowego tu i ówdzie Pandemonium. Nie byle jak zawitała, bo pod pachą dzierżyła poza łódzką hordą aż 5 innych zespołów. Czyli wszystko na miejscu? Nie do końca, ale o tym niżej

Po wcześniejszym zaprawieniu się burbonem, około godziny 17.30, w świetnych humorach dotarliśmy z małą ekipą na miejsce koncertu, by przed przybytkiem zwanym Luką połączyć się z kolejną plus kilkoma niezrzeszonymi znajomymi i na eleganckości wtoczyć się do klubu. Planowe rozpoczęcie imprezy miało nastąpić o godzinie 18, jednak tradycyjnie miał miejsce mały poślizg, na szczęście nie wpływający zbytnio na nastroje towarzystwa, które zresztą o tej godzinie nie stawiło się jeszcze zbyt licznie. W zasadzie to i tak nie było szału jeśli idzie o frekwencję, ale na szczęście uczestnikami nie było 10 osób na krzyż, jak to się już niestety w mieście włókniarzy kilka razy zdarzyło. Tak czy siak, na scenę wyszedł niejaki Gemini Abyss.

Muzyka grana przez zespół to… no właśnie, co? Według myspace grają „melodic death gothic metal” no i właśnie tak mniej więcej to brzmiało.  Pani wokalistka ładnie śpiewała, panowie muzycy stojący jakby kije połknęli (może poza żywiołowym klawiszowcem) ładnie grali jednak kompletnie nie było w tym czuć tzw. pazura. Czyli mówiąc wprost, nuda jak flaki z olejem. Pomijam już fakt, że takie granie to kompletnie nie moja bajka oraz, że zestawienie słów „gothic”, „melodic” i „death” sprawia, że dane grupy omijam szerokim łukiem ale całościowo występ wypadł zdecydowanie blado. Nie był długi, raptem 20 minut i koniec. Tak czy siak, może państwo jeszcze kiedyś pokażą się z lepszej strony.

Drugim z kolei kapelem prezentującym się tego wieczoru był, również łódzki Deep Desolation. Oldskulowy Black/doom metal w wykonaniu rzeczonych, tym bardziej w ramach kontrastu do poprzedzających ich Gemini Abyss wypadł więcej niż dobrze. Pełen luz, otrzaskanie z materiałem i co najważniejsze, kawałki od słuchania których głowa sama zaczyna uskuteczniać headbanging. Proste, raczej średnie pod względem tempa numery, duch poprzedniego, minionego wieku i tak oto kolejne 40 minut upłynęło jak z bicza strzelił. Bardzo dobry występ, jednak poprzedni koncert tych panów jaki miałem okazję obejrzeć niecały rok wcześniej zrobił na mnie ciut lepsze wrażenie, ale może to kwestia warunków klubowych? Bądź co bądź, pierwszy porządny set z całej imprezy.

Chwilka kręcenia się po klubie, oglądania stoisk z płytami, gadek, piwa ze znajomymi, których całkiem niemało uświadczyłem podczas gigu i oto na scenie instaluje się już Hellspawn. Wieluński zespół również miałem okazję oglądać kilka miesięcy wcześniej i tak jak wówczas, tym razem również poprawnie, konkretnie i do rzeczy, jednak znów zabrakło mi tego „czegoś” co sprawia, że chce się wpaść pod scenę i porozrzucać łokciami kilku obywateli. Całkiem nieźle słucha się tego death metalowego wymiotu na żywo, ale jak to mówią mądrzy ludzie „szału ni ma”. Na uwagę za to zasługuje perkusista, który prezentuje niesamowitą technikę i szybkość grania. To co wyprawiał za zestawem przyprawiało o zawrót głowy, aż przyjemnie było popatrzeć jak z wręcz chirurgiczną precyzją masakruje swoje instrumentarium. Tak czy owak uważam, że grupa jest warta zainteresowania, czego im razem z sukcesami w przyszłości życzę.

„Ognia” muzycznego nie brakowało za to kolejnym muzykantom, którzy na dniach obchodzić będą 15-lecie istnienia swojego zespołu. Warszawiacy z Gortal jako pierwsi zebrali tłuszczę pod sceną w ilości większej niż 5 osób, doprowadzając ją jednocześnie do zabawy w młynek. Świetny, mocarny Malevolent Krijejszynowski death, grany z werwą, czujem i energią naprawdę kopał tyłki. Lider najwyraźniej również był zadowolony, aczkolwiek choć Gortal był pierwszym zespołem tego wieczoru, który zmusił publikę do jako takiej zabawy, powolutku zaczęło się rzucać w oczy stopniowe zmniejszanie się ilości uczestników imprezy. Dochodziła 23 a tu jeszcze przed nami dwa występy. Koniec końców Gortal pokazał klasę i siłę, swoim tłustym, perfekcyjnym death metalem. Świetny koncert!

Przedostatni zespół na  łódzkiej części trasy, czyli śląski Embrional był dla mnie dużą niewiadomą, gdyż moja styczność z nimi ograniczała się do znajomości może ze 2 pieśni na krzyż, toteż bardzo byłem ciekaw co pokażą na deskach Luki. Zaczęli na szybko, widać było, że opóźnienie całej imprezy zaczyna powoli stawać się faktem, co w pierwszym odruchu skłoniło mnie ku myśli, że czeka nas koncert zagrany na odpieprz się. Jednak myliłem się, bo ślązacy pokazali co to znaczy łoić szwedzki death w najlepszym stylu. Tłumek pod sceną jakby zmalał, ale jednak nie wpłynęło to na energię jaka sączyła się ze sceny. Raczej wiązało się to z coraz późniejszą godziną (zbliżała się północ). Według plotek, panowie mieli wykonać kawałek Mayhem „Buried By Time and Dust” z liderem Infernal War gościnnie na wokalu, jednak z niewiadomych mi przyczyn nie doszło do tego, a szkoda, bo zapowiadało się ciekawie i sam bardzo rad bym ujrzeć taką komitywę na scenie łódzkiego klubu. Za to Embrional uraczył nas innym coverem na dobranoc. Zwieńczeniem setu został „Dead Skin Mask” takiej jednej mało znanej kapeli Slayer. Oczywiście przyspieszony i przedstawiony w deathowej konwencji. Miód dla uszu!

Czas na gwiazdę wieczoru. Pandemonium to był mój zdecydowany faworyt tej imprezy. Podobnie zresztą jak wielu innych osób, które już od zakończenia występu Embrional skandowali nazwę łódzkiej grupy. Apetyt rósł tym bardziej, kiedy techniczni zaczęli ustawiać na scenie dwie wielkie, czerwone płachty i dwa statywy z odwróconymi krzyżami. Zanosiło się na specjalny występ. W końcu jakby nie patrzeć miał być to pierwszy koncert zespołu w rodzinnym mieście od czasu wydania znakomitego „Misanthropy”. Będąc pod wielkim wrażeniem tego wydawnictwa chyba najbardziej oczekiwałem killerów z „The Black Forest” czy „Stones are Eternal” na czele. No i się doczekałem, ale….

No właśnie „ale”. Abstrahując już od naprawdę sporego opóźnienia i dłużyzn związanych ze strojeniem, to największą bolączką występu Pandemonium były ciągłe problemy z dźwiękiem. Nawet uwaga Paula, że „nie ma pojęcia jak można jedną kapelę nagłośnić dobrze a następną źle” nie na wiele się zdała i cały czas mieliśmy okazję słyszeć dźwiękowe rozjazdy, albo ścianę dźwięku albo znów wyciszenie jakiegoś instrumentu. Niestety, nie nastrajało to optymistycznie ani zespołu ani fanów, których z chwili na chwilę ubywało z Luki. Zły humor muzyków odbijał się niestety na samym występie, który coraz bardziej zdawał się być odgrywany „byle jak” i „byle do końca”. Utwory, skądinąd świetne w ogóle się nie broniły w takich warunkach, nie pozwalając cieszyć uszu masakrą znaną z prac studyjnych. Przykre to wszystko było tym bardziej, że wszyscy oczekiwali, że koncert w rodzinnej Łodzi naprawdę będzie specjalny i na bardzo wysokim poziomie. Oczywiście nie wszystko działo się z winy zespołu, jednakowoż niesmak pozostał i klub opuszczałem pełen mieszanych uczuć. Z jednej strony świetne występy Deep Desolation, Gortal i Embrional, z drugiej zawód na głównym daniu imprezy. Cóż, miejmy nadzieję, że kolejny szoł Pandemonium na łódzkiej ziemi będzie o wiele przyjemniejszy, tak dla zespołu jak i dla piszącego te słowa.

Online: Pandemoneon.pl [zobacz online]

Gigs feedback: 10.10.2009 – Warszawa, Klub Progresja

Warsaw,  Progresja Club
Bands: Armagedon, Pandemonium, Gortal, Nammoth

Z uwagi na brak CENTURION („nie zagrają z przyczyn niezależnych od organizatorów”, blebleble…), tym razem nie spieszyłem się do „Progresji”. W momencie, kiedy ełcki NAMMOTH szalał w najlepsze, ja raczyłem się piwkiem marki Tyskie w towarzystwie Wicia i Ronvego.

No, w końcu znaleźliśmy się w środku. Ludzi całkiem sporo, towarzystwo widzę zaprawione w koncertowych bojach – ten koncert nie mógł się nie udać. I jak tylko na scenie pojawił się GORTAL – czapki z głów! Na żywca chłopaki rozpętują istne tornado, kocioł, jaki od razu zawiązał się pod sceną, przypominał oko cyklonu wciągające co i rusz nowe „nieruchomości”. Kawałki z wydanej przez Pagan Rec. płyty „Blastphemous Sindecade” to koncertowe strzały w pysk. A jak już huknęło ze sceny, że poleci kawałek „Blastphemy” (nie tylko mój faworyt) – było po herbacie. Był jeden premierowy numer, cover VITAL REMAINS i dobranoc. Muszę jeszcze napisać, że Desecrator za bębnami, to istna maszyna do zabijania! Bezlitosne tempa i porażająca precyzja. Super! Po koncercie Major mówił, że na scenie był kibel z wzajemną słyszalnością. Ale chyba nikt, kogo nie było na scenie, tego nie zauważył.

Po GORTAL na scenie pojawiło się… Nie, nie:-)! Nie PANDEMONIUM! Organizatorzy wpadli na cokolwiek oryginalny pomysł, aby przerwy pomiędzy kapelami jakoś wykorzystać i zaprosili na krótkie, kilku-, kilkunastominutowe występy trzy półnagie laski, które zabawiały publiczność zainscenizowanymi scenkami. Trzeba przyznać, że miejscami kawałek cycka gromadził pod sceną więcej osób, jak występy zespołów.

Tymczasem PANDEMONIUM musiało się zmierzyć nie tylko ze stołeczną gawiedzią, ale i z… meczem Polska – Czechy puszczanym na wielkim telebimie! Łodzianie wszak nie mieli problemu z nawiązaniem kontaktu z ludźmi. Ich ciężkie riffy rozlewały się elegancko po klubie, a kilku maniaków urządziło sobie zapasy pod sceną. W zasadzie na setliście znalazł się przekrój twórczości grupy, począwszy od nieśmiertelnego „Devilry”, po całkiem udany „Hellspawn”. Brawo PANDEMONIUM! To drugi tego wieczora zespół, który pomimo małego narzekania na niuanse techniczne, zagrał wyborny koncert. Domyślać się można, że tutaj do głosu doszła zwykła przekora i kokieteria. Chłopaki wygrali spotkanie z Warszafką, a polska reprezentacja dostała od Słowaków po dupie 2:0.

ImagePora na tańczące laski – teraz jest już ciekawiej! Trochę spacerów po scenie z pochodniami, mały fire-breathing, znów cycki, koronkowa bielizna i pora na ARMAGEDON! Tutaj nie mam pytań. Twór braci Maryniewskich wrócił po kilkunastu latach milczenia świetnym krążkiem „Death Than Nothing” i aktualnie potwierdza swoją klasę na koncertach. O ile jestem zazwyczaj krytycznie nastawiony do wszelkich „come backów”, tak trzeba uczciwie przyznać, że zdarzają się powroty trafione w dziesiątkę. Do takich zaliczam reaktywację ARMAGEDON. Aż się łezka zakręciła, gdy grali numery z „Dead Condemnation”. Poza tym dominowały kawałki z nowej płyty, które na żywo broni się doskonale. Nawet techniczni chyba dali się ponieść, jako że w pewnym momencie puścili na scenę tyle dymu, że muzycy na niej z pewnością nie widzieli się wzajemnie. My też, stojąc bliżej sceny widzieliśmy zaledwie kontury stojących (machających dyniami) obok sąsiadów. Slavo dał się poznać jako znakomity wokalista i co istotne – konferansjer. Gościu błyskawicznie nawiązał kontakt z maniakami, kupując ich sobie bez reszty. Właśnie tak powinno się zapowiadać kolejne numery! Z jajem – zajebiście! ARMAGEDON jak dla mnie nie musi już niczego udowadniać. Są doskonali w tym, co robią i nie mogę się doczekać kolejnego ich koncertu i następnej płyty!

Co było potem? Tradycyjny pokoncertowy armagedon na bekstejdżu „Progresji”. Kto nie był – niech żałuje!

Autor: Adrian
Źródło: Atmospheric [zobacz online]

10.10.2009

Warsaw,  Progresja Club
Bands: Armagedon, Pandemonium, Gortal, Nammoth

Załoga niemalże, jak za starych dobrych czasów, więc nie mogłem sobie pozwolić na absencję, zwłaszcza, że Panda ostatnimi laty nie rozpieszcza koncertową aktywnością. Praktycznie w ostatniej chwili nastąpiło jeszcze przetasowanie składu, który pierwotnie zapowiadał się z udziałem CENTURION i BLADE OF TERROR. Niestety z różnych powodów obydwie ekipy odwołały swój udział, natomiast ich miejsce zajął nieznany mi wcześniej NAMMOTH z miasta Ełk. Za całe zamieszanie odpowiedzialny był stołeczny GORTAL, a pikanterii całej imprezie miały dodać występy tercetu erotycznego Lucifers.

Praktycznie bez poślizgu ruszyła maszyna, a jako pierwszy na scenie zameldował się wspomniany NAMMOTH. Młodociany skład, pełen entuzjazmu, pokaźnych umiejętności, ale przede wszystkim pomysłu na granie, sprawił chyba wszystkim zebranym miłą niespodziankę. Wprawdzie mankamenty obycia scenicznego oraz zapewne lekka trema, spowodowały, ze ich w ich występie zabrakło koncertowej rozpierduchy, niemniej muzyka wybornie obroniła się sama. Brutalny, techniczny, przez co też urozmaicony death metal z wieloma black`owymi naleciałościami, znakomicie odegrany oraz pomysłowo zaaranżowany wchodził bez zapitki. Sporo dzieje się w ich twórczości i choć de facto brakuje jeszcze w tych poczynaniach płynności, spójności stylistycznej, lecz zdecydowanie wyróżniają się mimo wszystko z szarego tłumu. Ciekawostką w NAMMOTH było wystawienie do składu dwóch basistów, którzy mając dobrze opanowany warsztat nadają muzyce zespołu potężnej głębi, rasowego przytłaczającego dołu. Na uwagę zasługują również gitarzyści oraz jeszcze nieoszlifowany, ale mocny w gardle wokalista. Warto baczniej przyjrzeć się postępom tego zespołu, wspierać go, bo zasługują na uznanie i udowodnili to swoim setem. GORTAL znawcom rodzimej blastologii przedstawiać nie trzeba. Zespół to już renomowany, rozpoznawalny i coraz lepiej radzący sobie w trakcie wojennych batalii, zwłaszcza na deskach stołecznej Progresji, gdzie koncertuje stosunkowo często. I powiem więcej, z występu na występ rozpierdalają mnie coraz bardziej. Pewność siebie, zdecydowanie, dobra chemia w zespole, bezpośredni kontakt z publicznością to elementy pozamuzyczne, które dodatkowo potęgują moc ich występów. Ponadto konkretna rozpierducha wizualna, gdyż GORTAL nie oszczędza się na scenie i pokazuje w bardzo widowiskowy sposób, na czym polega koncert death metalowy. A sama muzyka!? Wiadomo, nie dla mięczaków!!! Jest kurewsko brutalnie, ciężko, szybko, gdzieś z tą charakterystyczną przyduchą Vital Remains czy wczesnego Morbid Angel. Posypały się sprawdzone, pełne bluźnierstwa koncertowe szlagiery „Obscene Nazarene”, „Black Purest Desecration”, „Forgotten Writing”, „Pereversity Rites”, „Deathamation” i „Blastphemy”. Jako uzupełnienie poszedł całkowicie premierowy utwór „Die Fuckin Christ” (oj, idzie na lepsze w muzyce zespołu) oraz cover VR „I am God”. Ofiara spełniona, tak trzymać!!!

PANDEMONIUM widziałem mniej więcej rok temu i choć nie było w tym winy zespołu, wolałbym wymazać ten koncert z pamięci. Czułem, że tym razem będzie zdecydowanie lepiej!!! I nie myliłem się absolutnie, gdyż Panda wyszła na scenę głodna grania i w bardzo dobrej formie, tak więc w przypadku starych wyjadaczy cóż więcej brakować może do udanego rytuału. Rozpoczęli ceremonię od „Dingir Xul”, jakby od niechcenia i spokojnie, aby po chwili uderzyć nieśmiertelnym „Unholy Existence” z gościnnym udziałem stołecznego hulaki, imć Paffki. No i jak ma się taki hymn w zestawie, to ja od razu wymiękam, a jak się okazuje nie tylko na mnie ten kawałek działa rozbrajająco. Później dwa bardzo udane ciosy z ostatniej płyty, czyli „Hellspawn” i „Frost”, mroczne, zgniłe i na swój sposób chwytliwe. Dalej trochę historii, chociaż niezbyt odległej w postaci „Memories”, „Whispered in The Dark”, „Ningishida”, „Gate Etemmi”. A na finał, jeden z moich ulubionych utworów w całym dorobku Pandy „Hypnotic Dimension”. Fantastyczny występ, jak za starych dobrych czasów i wprawdzie skład nie ten sam, co w dniach największej chwały, to specyfika i moc koncertowych wyczynów PANDEMONIUM prawie niezmienna. Szacunek Panowie!!! ARMAGEDON miałem okazję zobaczyć w tym roku już wcześniej dwa razy na żywo, gdzie zarówno w Olsztynie na Metal Blow Fest, jak i w Krakowie na Doomsday X Tour, zostałem wręcz rozpierdolony ich występami. Jako pewnie jeden z nielicznych fanów tego wieczoru, może nawet jedyny, wiedziałem, czego rzeczywiście mogę oczekiwać po kwidzyńskiej załodze. A ten fakt sprawiał, że jeszcze bardziej oczekiwałem na ich popis. ARMAGEDON na koncertowe potyczki, w odróżnieniu od składu studyjnego, póki, co wychodzi w czteroosobowym składzie – Slavo, Krizz, SooLoo i Adam. Zresztą, od zawsze ARMAGEDON był kwartetem, więc nikogo jakby nie dziwi ten fakt. „Natural Born Killers” chciałoby się powiedzieć, po już po brawurowo wykonanym na otwarcie „Death Then Nothing”, lecz chyba dopiero „Dead Code” i „Betrayed” jasno nam uświadamiają fakt, że nie będzie żadnych pierdolonych żartów. Miazga!!! Krótka retrospekcja – „Inside The Soul” – kompletne zniszczenie. Ci, co jeszcze żyją, dostają kolejno „Enemy”, „Bed Of Thorns” i „Emptiness Beyond Believe”. Kurwa, nie jest dobrze. Brzmienie, światła, dym i sceniczna bestia w osobie Sławka, który anonsuje kolejne salwy. Krizz robi robotę za dwóch, Adam punktuje precyzyjnie, aż gnaty trzeszczą i dzielnie wspomaga go Sooloo. Moc!!! „Death Liberates” – ekstaza!!! „Blanket Of Silence”, potem „Seeing Is Believing”, „Father Of Oblivion” i na zakończenie „F… End”. Ooo, żesz kurwa mać…!!! Chwila oddechu, jeszcze raz „Inside The Soul”. ARMAGEDON pokazał klasę, misterium z najwyższej półki, esencję death metalowego koncertu!!! Och, diabli w piekle spierdalali po kątach!!! Nowy skład, trochę inny image, jednak siłą rażenia muzyki ARMAGEDON na żywo, jeszcze większa, niż kilkanaście lat temu. Właściwie w ogóle nie widać tej kilkunastoletniej przerwy w działalności zespołu. Wtedy z racji wieku oraz innego sposobu reagowania na muzykę, konsumowałem ich występy pod samą sceną, okupując to wieloma siniakami. I nie ukrywam, że gdyby nie kamera i tym razem wylądowałbym w młynie. OK., odbiję sobie wkrótce, bo jak widać dużo dzieje się w kraju nad Wisłą.

No i warto jeszcze wspomnieć o „popisach sióstr lucyferjanek”, które męskiej części, chociaż niekoniecznie tylko męskiej, umilały czas eksponowaniem swoich wdzięków na scenie, pomiędzy występami poszczególnych zespołów. Pierwszorzędnie przygotowane układy cieszyły oko oraz gromadziły pod sceną największą publikę tego wieczoru, bardzo zresztą żywiołowo reagującą. Trochę ognia, trochę perwersji, okraszonej odpowiednią muzyką, a wszystko ze smakiem podane w trzech odsłonach. Poziom adrenaliny tego wieczoru został uzupełniony po same zawory.

Źródło: Psychozine [zobacz online]

Gigs feedback: 07.12.2008 – Warszawa, Klub Progresja

07.12.2008
Warszawa, Klub Progresja
Zespoły: Unleashed, Krisiun, One Man Army And The Undead Quartet, Shade Empire, Gortal

Po wielokrotnym przesłuchaniu najnowszego dzieła jednego z prekursorów szwedzkiego death metalu i zarazem jednej z ikon gatunku, uznałem jednoznacznie, że UNLEASHED jest w życiowej formie, więc grzechem byłoby odpuszczenie sobie tego koncertu. Zwłaszcza, że zawsze podczas ich polskich koncertów było mi nie po drodze. A do tego jeszcze KRISIUN. (więcej…)

Gigs feedback: 06.12.2008 – Warszawa, Klub Progresja

06.12.2008
Warszawa, Klub Progresja
Zespoły: Al Sirat, Vedonist, Saltus, Gortal, The Thorn, Neyra

Początkowo było małe zamieszanie z datą oraz lokalizacją koncertu, ale skoro wszystko dobrze się skończyło, nie omieszkałem zobaczyć w akcji kilku młodych i obiecujących załóg z naszego podwórka. Oczywiście frekwencja na takich imprezach otarła się o granice przyzwoitości, choć wiele wskazywało na to, że oprócz stałych bywalców Progresji przyszli również Ci, którzy rzeczywiście byli zorientowani w temacie i nie trafili na imprezę przypadkowo. (więcej…)

New album: „Deamonolith”

Categories: